09 lutego 2005

# 88

Spotkaliśmy się w mieście - on z metrową różą, ja... ze sluchawkami na uszach. Szybki buziak, szybkie piwo, potem kino - Sideways, wino na ekranie, puszka Redsa w ręce, kubeł prażonej a-kuku-rydzy, ciche śmiechy ludzi, szemranie sobie do ucha, zapach fastfoodowewgo jedzenia, romantyczne spotkania dłoni w kuble z popcornem - czyli randka w mieście.
A tak naprawdę - świeży powiew w nasze małżeństwo, któremu trzeba czasem przypomnieć, że to jeszcze nie narzeczeństwo nawet. Że czasy randek właśnie wcale jeszcze się nie skończyły, że na randkę można pójść po tygodniu znajomości i po dwóch latach sypiania ze sobą i dzielenia wszystkiego, co można dzielić.

A czerwone róże są tendencyjne, ale 14 lutego, w każdy inny dzień - wskazane jak najbardziej. Kwiaty to taki nieprzemijający symbol tego, jak szybko można zdobyć serce kobiety i jak wiele można jej powiedzieć, wręczając taką jedną, samotną różę.
Można, słuchajcie, powiedzieć piękniej niż słowami, to jest lost in translation, zwłaszcza jak różę daje osoba, którą się tak kocha.
Lost in translation.


Brak komentarzy: